poniedziałek, 16 września 2013

2013-09-13

2013-09-13
6 dzień

Piątek 13-go postanowiliśmy rozpocząć od wypadu na podobno jedną z najładniejszych plaż Algarve, gdzieś za Olhao, ale po drodze zjechaliśmy do miasteczka, gdzie znajdować się miał największy w okolicy targ rybny.
Rzeczywiście przy nabrzeżu uwijały się łodki, z których wyciągano wiaderka pełne nie tylko ryb, a sama hala dużo większa niż te dotychczasowe, sporo ludzi , ale nie wiem czy mieli aż taką różnorodność jak np. w Cascais. Oczywiście było tego pełno, płaszczki, kraby, ośmiornice, jakieś pseudo-rekinki i wiele wiele innych bardziej lub mniej egzotycznych ryb, ale nie widzieliśmy ani langusty, ani ostryg, krewetek też jak na lekarstwo.












Ciekawie wyglądają obrane ze skóry płaszczki, którym wycina się skrzela i upodobniają się do jakichś nietoperzy (trochę bardziej rzecz jasna krwawych i rozpłaszczonych).
Tym razem poszliśmy krok dalej i kupiliśmy żabnicę, paskudną ropuchopodobną z wielką uzębioną paszczą. Nie wiem czemu na stołach leżały one z rozciętymi brzuchami, z których prawie wypływały wnętrzności, może wcześniej wycinają z nich jakieś wybitnie niezdrowe części.
Na żabnicę mieliśmy ochotę już od dawna, ale w W-wie mają ją chyba tylko w Osterii, gdzie ceny oscylują w granicach 300-1000 zł za dwuosobowy posiłek, a wygrana w totka ciągle dopiero w dalszej perspektywie. Z kolei tutaj spotykaliśmy dotychczas tylko wielkie okazy, na oko co najmniej pięciokilowe, co przy cenie około 15 euro za kilogram też trochę już robi. Więc jak zobaczyliśmy, że tutaj mają i mniejsze „tamborile” to stwierdziliśmy, że lepszej okazji może nie być, 9 € /kg . Wyszło jakieś kilo, sprawili ją na miejscu, nie odrzucając m.in. łba i czegoś co przypominało nerki. 
Oto filmik z tej operacji, ale jako że "oprawca" cały czas zasłaniał mi widok to wyciąłem cały początek, za to widać dobrze samą żabnicę :
http://www.youtube.com/watch?v=X5etUA2sDkk&feature=youtu.be
(na razie tylko link, potem poprawię)
Te resztki wrzuciliśmy do zamrażalnika na poczet przyszłej zupy rybnej, ale nerki daliśmy kotu, może to i jakiś przysmak ale jeszcze nie tym razem.
Samą żabnicę już po upieczeniu przez mojego masterchefa można określić jako ciekawą.
W konsystencji trochę jak przegrzebki, zwarta i taka można powiedzieć sprężysta. Niezła w smaku ale jak ktoś lubi smak smażonej rybki z patelni to nie ten kierunek.
Dorzuciliśmy jeszcze kilo sardynek, żeby je zgodnie z tutejszym obyczajem zgrilować ( 3 € /kg) oraz z nowości bataty i mango.
Bataty – wg mnie porażka. Zbyt słodkie, zbyt suche i bez smaku. Może jakoś inaczej trzeba je zrobić niż zapiekając, ale wolę zwykłe ziemniaki.
Poranek zwieńczyła kawka  w porcie, w jednej z rozlicznych knajpek, gdzie nawet ja zaniżałem średnią wieku, bo ludzi pełno ale wszyscy już „w sile wieku”.

Cel na ten dzień był inny, ale zakup ryb pokrzyżował plany, baliśmy się, że po całym dniu leżenia w upale w samochodzie ryby stracą walory, więc zawinęliśmy się z powrotem do domu i resztę dnia zalegaliśmy przysypiając przy campingowym basenie. Nuda panie.

sobota, 14 września 2013

2013-09-12

2013-09-12
5 dzień


No i znowu nie pamiętam co się działo 2 dni temu, jak się nie spisze od razu to potem, w natłoku wrażeń,  trzeba się zmóżdżać.
Brakowało pomysłu co tego dnia zrobić, więc palec na mapę i padło na Rocha da Pena, niewysokie góry , trochę w głębi lądu, gdzie znaleźć podobno można było ładne widoczki zarówno na południe czyli ocean, jak i północ, na Alentejo.
Dojechaliśmy szybko i tam lekka konsternacja, bo w wiosce asfalt skończył się ze znakiem oznaczającym koniec drogi, a obok jakiegoś baru stała drewniana tabliczka „Rocha da Pena 5 km” wskazująca na jakąś biedną żwirową dróżkę wiodącą gdzieś w krzaki pod górę.
Spojrzeliśmy po sobie, zwłaszcza po mnie – sandały, koszulka bez rękawów, żadnego beretu na głowę, litr wody… Przypomniało mi się samotne wyjście w góry koło Malagi, którego o mało nie przypłaciłem zdrowiem, ale przecież niemożliwe żebyśmy napotkali tu na jakieś trudności. Ruszyliśmy za jakąś ekipą młodziaków z plecakami, dziwiąc się po co oni tam lezą, jakby nie można było biwaku zrobić gdzieś w normalnych warunkach. Po kilkudziesięciu metrach nas zgubili, ale najwyraźniej skręcili z głównej ścieżki bo słyszeliśmy ich głosy, więc nie namyślając się za długo też tam poszliśmy. Po jakimś czasie , jak już znaleźliśmy się prawie u podnóża skały, ścieżka (i tak już marna i zakrzaczona) zrobiła się praktycznie nieprzejezdna, głosy młodziaków nadal było słychać gdzieś pod skałą, ale zdecydowaliśmy , że to bez sensu i wróciliśmy do głównej trasy. Potem okazało się, że tamci specjalnie tam poszli żeby się wspinać , liny haki itd., bo w drodze powrotnej widzieliśmy ich poprzyklejanych do skałek.
W każdym razie na głównym szlaku spotykaliśmy już tylko emerytów i dziadków, znudzonych pewnie plażowaniem. Sama droga była prosta i niewymagająca, gdyby nie słońce to z palcem w nosie można by to przelecieć, co jakiś czas wytrzepując tylko żwir z sandałów.
Na szczęście solidnie wiało, więc upał nie był tak wyczerpujący, ale i tak popaliło nam karki i ramiona :/  Aha – jeszcze pęcherze na stopach (na szczęscie mnie tym razem się udało). Treking w Algarve zaliczony, kalorie popalone z nadwyżką.

W drodze powrotnej wyczailiśmy nową plażę, przed Quarteirą, w pobliżu pól golfowych i oddaloną od jakichś osiedli ludzkich i dróg , więc prawie pustą. Plażowanie tego dnia także zaliczone.


Trudno zaliczyć za to do udanych grilla, karkówka z Lidla była beznadziejna, więc bardziej uszczęśliwiła „naszego” kempingowego kota niż mnie. (kotów jest kilka, ale i tak ich nie rozpoznaję)

piątek, 13 września 2013

2013-09-11

2013-09-11
4 dzień
Zaczęło się od przymarudzenia, że nie zaserwowalem rano cafezinho (wspominam o tym, nie dlatego że mnie to jakoś wzruszyło, ale dlatego, że polecono odnotować).
Już o 11tej wyruszyliśmy na najbardziej wysunięty na południowy zachód cypel Portugalii.
Warto – okolice tzw. fortalezy w Sagres to niesamowite widoki, zwłaszcza zatoczka na którą ogląda się w dół z klifu tuż przy parkingu budzi zazdrość wobec tych którzy mają jakiś jacht z którego mogą sobie do niej podplynąć i pochodzić po plaży,  ddbo dostęp do niej jest tylko od strony morza. Podejrzewam że przy odrobinie zręczności i lepszych butach dałoby się do niej dostać trawersując łagodniejszą część zbocza a potem podpływając te kilkanaście metrów, no i wiedząc kiedy jest przypływ, bo można się zdziwić i już stamtąd nie uciec.
Sama Fortaleza (wstęp 3E) to imponujący mur od strony północnej z kilkoma budynkami i kościołem , tyle tylko ostało się po tsunami które wymiotło całą południową zabudowę w XVIII wieku. Do zwiedzania udostępnione jest w zasadzie wszystko , ale jest tego niewiele, forteca zbudowana  w XVI wieku do obrony przed piratami, niszczona potem przez w następnych stuleciach przez najazdy Hiszpanów i Anglików nigdy nie została już ukończona, a pewnie i bieg historii nie nadał jej jakiegoś większego znaczenia militarnego, bo po co komu bronić skały.
Można odbyć spacer po murach , a następnie obejść 2 km wzdłuż urwiska podziwiając widoki na okoliczne plaże i pozostałe klify trójpalczastego cypla, kontemplując jakieś kwiatki, bławatki, ptaszki i rozmaite formy skalne, jeśli kto się tym interesuje. Mnie się podobało.

Następnie podjechaliśmy do Cabo da Sao Vicente, któren jest już faktycznym końcem świata (powiedzmy że Europy, ale jak się patrzy stamtąd na wszechobecny ocean i wie że Ameryka dopiero za kilka tysięcy kilometrów to już wtedy niedaleko wyobrażenia sobie końca dysku niesionego przez 4 słonie stojące na skorupie A’Tuine’a). Uwaga dla Zuzki : tak, wiem że po drodze jeszcze Azory , ewentualnie Madera, ale to małe pastylki tylko.
Samo Cabo da Vicente nie robi jakiejś furory, trochę murków, jakaś latarnia morska. Widoki są równie ciekawe jak z Fortalezy. Dla turystów nastawionych na zakupy : przy parkingu wzdłuż drogi można nabyć fajne swetry w cenie 25 euro, ale nie 100% wełna, więc nie zapaliły mi w głowie lampki „KUPIĆ” oraz bratwursty niczem z Berlina. Stoisko z parówkami nie wiem czemu oblepione było ludźmi jak gówno muchami.

W drodze powrotnej próbowaliśmy jeszcze zahaczyć o „monumentos megaliticos”, ale po skręceniu z głownej drogi i przejechaniu paru kilometrów szutrami jedyne co znaleźliśmy to pokryte trawą i krzakami pagórki, więc albo to zdążyło wszystko zarosnąć albo ściemniają i tylko marnują czas uczciwego turysty rozstawiając drogowskazy jakby tam atrakcja na skalę europejską się znajdowała.

Poza tym:
- Lagos do którego skręciliśmy z autostrady wydało się bardzo przyjemne, jak Cascais prawie , ale już nam się łazić nie chciało.
- Portimao – odstręczało, w mieście ciasno i nieatrakcyjnie, na dodatek obok płynie jakaś rzeka która śmierdziała przeraźliwie , jakby tam otwarte odstojniki na ścieki zrobili.

Tankowanie wykazało spalanie na poziomie 6 litrów na 100 km, więc jest przyzwoicie, bo cena E95 za to nieprzyzwoita, 1.62 – 1.68 euro , czyli na nasze 7 zł.

Zastanawialiśmy się wracając jak to w końcu jest z tymi opłatami za autostradę, bo zarówno w tamtą stronę jak i z powrotem pojawiały się tablice z jakimiś opłatami , widać było jakieś kamery, ale nigdzie nikt nie chciał pieniędzy. Pewnie skanują tablice, ale kartą do tej pory nie płaciłem, więc powiązać jej z samochodem się nie da, wypożyczalnia raczej bez mojej zgody nie ma prawa kasy ściągać (nic zresztą w umowie o tym nie pisali), więc kto za to płaci ? Oprócz Pana i Pani i Nas oczywiście.

2013-09-10

2013.09.10
3 dzień
Rano po obudzeniu po pustym miejscu obok zorientowałem się nie bez pewnej trudności, że nadszedł czas wakacyjnego szaleństwa dla sportsmenów , czyli poranne bieganie… więc poszedłem dalej spać.

Uwaga:
Zbyt dużo czasu idzie na szczegółowe rozpisywanie się co gdzie po co i dlaczego, więc będę tylko odnotowywał w krótkich żołnierskich punktach, oprócz tego jako że głównym punktem dnia jest zasmażka na plaży to i pisać nie bardzo jest o czym.

Rano po śniadanku rytualny skok na targ rybny w Quarteirze, który z przykrością stwierdzam jest mniejszy i mniej urozmaicony niż ten w Cascais (patrz Portugalia 2012 , która nie została opisana :/), za to odbywa się częściej bo nie 2 razy w tygodniu a codziennie.
Nie ustaliliśmy jeszcze żadnego ulubionego sprzedawcy, więc szwendaliśmy się oglądając te wszystkie pyszności, aż w końcu jakiś bardziej agresywny marketingowo rybak namówił nas na halibuta.  No i teraz mamy zagwozdkę, bo to co kroił to było jakieś wielkie bydlę, bardziej przypominające tuńczyka albo miecznika, niż halibuta, który jest bardziej płaski, a po wyguglowaniu pewność urosła do 100% że to halibut nie był.
Żałuję, że zdjęcia nie zrobiłem.
W każdym razie ponad pół kilo tego było (a był to ledwie jeden dzwonek, NIE ŻADNE „DZWONKO”, wiem że Tytus Karpowicz twierdzi w swoim słowniku inaczej, ale nie lubimy się) , kosztowało 26e/kg, więc też jakoś do najtańszych nie należało,  upichcone w piekarniku smakowało świetnie.

Obowiązkowe zaliczenie plażowania na plaży Praia do Quarteira, do której z campingu jest najbliżej (na piechotę jakieś 800 metrów) i która jakoś nie powala, bo znajduje się jak dla mnie zbyt blisko osiedli mieszkalnych co oznacza, że więcej tu ludzi. A my/ja aspołeczni jesteśmy i ludzi nie lubimy, żebym jeszcze miał jakiś kaloryfer do pokazywania , a nie wybrzuszenia i cerę młynarza to może.
Dla urozmaicenia opowieści fotka z plaży :



Po wypiciu na plaży ciepłego piwa i powrocie wyjechaliśmy z zamiarem nadgryzienia Faro, ale nie udało się. Zobaczyliśmy po drodze Jumbo (tak się tu nazywa Auchan) i utknęliśmy w okolicznym centrum handlowym na 2 godziny.

Pożytek taki, że kartę do internetu kupiłem (Vodafone, reklamuję i zachwalam), naładowaną do 1GB, za całe 15euro, co kładzie na obie łopatki ofertę rodzimego pomarańczowego operatora na poziomie 100 zł/100 MB . No trudno, naciągnąłem Agorę, ale przecież nieświadomie, właściwie to Dzięgla wina, któren mnie na to namówił ! :)

Ciekawostka jeszcze taka, że u nich na hali , już w samym Auchan, obok pieczywa jest zawsze miejsce gdzie można zamówić kawkę z ekspresu, ewentualnie jakieś ciasteczko a nawet piwko, czy coś co tam akurat mają do jedzenia przyrządzone i spożyć to a potem dalej robić zakupy. I za taką kawę płaci się poniżej jednego euro, czyli kilka razy taniej niż ta sama kawa w jakiejś knajpie na mieście. Zresztą takiego zagęszczenia kafejek z porządnym ekspresem gdzie można wypić smaczną kawę nie widziałem wcześniej nigdzie indziej.

poniedziałek, 9 września 2013

2013-09-09

Dzień 2

Rano z powrotem metrem na lotnisko, bo tam się umówiliśmy na odbiór samochodu. Odczekaliśmy z pół godziny, bo typek (mający na jednej stopie jakiegoś trampka a na drugiej klapek od japonek, co lekko uniosło nam co najmniej po jednej brwi do góry) zjawił się punktualnie.
Załadowaliśmy się do Transita, oprócz nas jacyś młodzi angole z deską surfingową, którzy też zarezerwowali samochód  w tej wypożyczalni i po 10 minutach byliśmy na miejscu.
Nie, żebym jakoś specjalnie polecał takie wypożyczalnie działające z doskoku, czyli nie posiadające biura na lotnisku, ale te lokalne , niesieciowe, działają najczęściej właśnie w ten sposób, oferując praktycznie to samo za dużo niższą cenę. W zeszłym roku w ten sam sposób zrobiliśmy, w Maroku również, i tym razem też po sprawdzeniu cen w Hertzu , Avisie i innych sieciówkach, zaufałem arguscarhire . Miałem pewne obawy, bo jak przysłali mi potwierdzenie rezerwacji w „Go Rent” to nawet wygooglować się tego nie dało, a strona webowa nie działała, ale na miejscu okazało się że mają wielki hangar z samochodami i spory ruch w interesie, więc nawet jeśli jest to jakaś pralnia brudnej kasy to jako wypożyczalni nie można im nic zarzucić. Wprawdzie zamawiałem coś małego , typu Peugeot 107, bo w zeszłym roku spisał się świetnie a był mały i zwrotny jak Smart, a dostaliśmy Seata Ibizę, czyli segment wyżej, ale nic nie musiałem dopłacać. Za ćwierć baku paliwa też nie policzyli, chociaż normalnie w umowie był zapis, że dostarczają pełen bak, za który trzeba zapłacić dodatkowo (przy czym oczywiście możesz im zwrócić nawet bez grama paliwa, o ile dopchasz samochód pod biuro), facet mi tylko powiedział, żeby zwrócić nie mniej niż dostałem. Plus w tym jest taki, że często cena takiego „firmowego” zatankowania jest wyższa niż na stacji, bo przecież nie mogą na takiej fatydze stracić.
No i „już” w południe ruszaliśmy w drogę.
Nie obyło się bez lekkich nerwów i złorzeczeń „co to za ch.. nawigacja!” na OSM-a, ale niestety nie wgraliśmy Sygica, iPhone jest bez jailbrake’a więc została nam darmówka, która w Maroku sprawdzała się świetnie, wprawdzie nie ja ją obsługiwałem tylko Gaba, ale chyba ani razu drogi nie pogubiliśmy, nawet w Marakeszu , gdzie oczy wychodziły mi z orbit jak widziałem co się na ulicach dzieje i rzucałem kurvami na wszystkie strony.
Na szczęście w końcu jakoś nawigacja została opanowana (w razie czego mieliśmy jako backup dokładną papierową mapę MarcoPolo) i pomykaliśmy drogą IC1 , która wiła się raz z jednej raz z drugiej strony autostrady A2 (Lizbona – Faro).  Z autostrady celowo po jakichś 30 km zjechaliśmy, bo lepiej wydać te 30 euro na wizytę w knajpie, co okazało się dobrym pomysłem, bo IC1 po kilkunastu kilometrach zrobiła się praktycznie pusta, nawet jak trafiła się jakaś wolniejsza ciężarówka to dużo było podwójnych pasów pod górkę które eliminowały maruderów, nie mówiąc już o przyjemniejszych widokach w porównaniu z monotnią autostrady.
Zresztą nasz prześwietny wóz, na wiele nie pozwalał, żeby tym ruszyć bez zadławienia trzeba mu było dać sporo gazu, a przy wyprzedzaniu redukcja o 2 biegi i gaz do dechy, więc na autostradzie i tak byliśmy królami prawego pasa. Nie wiem co tam za silnik siedzi, 1.2 ?
Po drodze żadnych przygód. Kupiliśmy na jakimś przydrożnym straganie arbuza, który potem okazał się zbawienny i w smaku wyborny (strasznie pić się chciało po przyjeździe, a zapas wody wyszedł).
Oprócz tego zawitaliśmy do jakiegoś zapadłego miasteczka Ourique, bo z daleko widać było coś ciekawego na wzgórzu, co potem okazało się urokliwym miradorem, z ławeczkami pochowanymi w kącicierniowych zaułkach i jakąś dziwną budowlą na środku ogrodu, ale co to było nie wiem.
Na dole w miasteczku zapodaliśmy kawę z ekspresu za całe 0,8 euro w barze gdzie jedynymi gośćmi było kilkunastu dziadków którzy najwyraźniej spędzali ten upalny dzień oglądając tam telewizję i popijając kawkę. No ale do tego miejsca turyści na pewno nie docierają więc i cena nie była wzięta z dupy.
Lisbona – Quarteira to jakieś 230 km, więc około godziny 15 meldowaliśmy się już na campingu, upał jakieś 30 stopni, chociaż iPhone pokazywał że będzie chłodniej, no ale to akurat nam nie przeszkadza.
W domku na stole czekała butelka wina, to chyba rekompensata, za to że już nie dają giftów i map kraju, tak jak kiedyś, wszędzie wkradły się już jak widać cięcia i oszczędności.

Pierwsza rzecz po zrzuceniu bagaży to oczywiście pojechaliśmy do pobliskiego Lidla robiąc zapasy najpotrzebniejszych rzeczy, ceny potem podam bo gdzieś skrupulatnie są odnotowane, ale to co najważniejsze to pamiętam z głowy : piwo Argus w litrowych butelkach (szklanych) za niecałe 1 euro. Wiem, że u nas też to sprzedają i nawet kiedyś spróbowałem, ale tutaj ma jakiś inny smak, nie wiem z czego to wynika, na pewno nie tylko z zadowolenia że nie trzeba płakać przy kasie, jak ktoś ma kilka euro na Heinekena to proszę bardzo, ale przeciętny piwny koneser (w mojej skromnej postaci, żeby daleko nie szukać) na pewno nie będzie zawiedziony.

2013-09-08

Dzień 1

Na początek : jakby kto czytał i informacje tu przeze mnie pracowicie wklepane uznał za banalne i oczywiste to informuję, że to bardziej dla wspomożenia swojej pamięci w przyszłości jest wszystko spisywane a nie dla gawiedzi, bo starość nie radość,  w zeszłym roku tyleśmy my widzieli a już trudno sobie przypomnieć co tam się działo. 

Lot Warszawa – Frankfurt , Lufthansa, Airbus 319.
Boarding 17:40 , wylot 18:05.
Poczęstunek – kanapka, która nie wszystkim się przysłużyła. Zaskakująco dobry Warstener w butelkach 0.33
Poza tym żadnych sensacji, oprócz tego, że leciała z nami angielska reprezentacja piłki nożnej dla niepełnosprawnych z zawodów Amp Futbol Cup 2013 ,  które rozgrywały  się w Warszawie (Anglicy zresztą wygrali). Jak wygląda taki mecz można zobaczyć na fotce :


Wyrzucili nas na płycie lotniska we Frankfurcie i zawieźli autobusem do terminala B, a odlot do Lizbony mieliśmy z terminala A, więc musieliśmy dać z buta przez całe lotnisko zastanawiając się czy 50 minut czasu wystarczy służbom naziemnym LSG (w odróżnieniu od „okęciowego” LGS) na przerzucenie naszych tobołków na kolejny rejs.
20:40 – kolejny boarding, 21:05 – wylot
Odprawiając się w domu upolowałem dla siebie dobre miejsce za stewardesą, więc nie miałem przed sobą standardowego fotela i było więcej miejsca na kolana (w tym momencie czuję stukanie w ramię i szept „dopisz masakrycznie suche pięty”  - nie wiem o co chodzi ale dopisuję), ale nie na same nogi, bo normalne fotele mają miejsce na bagaż i tam można dalej trochę nogi wyciągnąć, a tu była ścianka, ale to i tak o wiele wygodniejsze niż zwykłe miejsce, bo przestrzeni więcej o dobre pół metra, a i fotela nikt nie zacznie rozkładać ugniatając dodatkowo kolana.
Aha – samolot Airbus 321, więc miejsc znacznie więcej (190 vs 120 ) , normalna a nie udawana za zasłonką klasa biznes. Posiłek – na gorąco jakiś zestaw wołowiny z puree i gotowanymi warzywami, jakaś bułeczka z masłem. Dobre nawet, a ja się martwiłem że do rana będę głodował i dwie pizze przed wyjazdem zjedliśmy.
Przylecieliśmy o 23:10. Walizki na szczęście doleciały.
Postanowiłem wcześniej, że szkoda pieniędzy na burżujowanie i do hotelu dotrzemy metrem, chociaż Agnieszka zdecydowana była brać taksówkę. (teraz mogę przyznać, że w pewnym momencie i mnie ogarnęły wątpliwości, ale nie siałem defetyzmu).
Metro jest obok hali lotniska, linia czerwona która dojeżdżała do stacji Alameda, a stamtąd jakieś 850 metrów piechotą.
Nauka kupowania biletów na metro :
w biletomacie należy kupić kartę biletową w postaci kartonika (lub doładować jakąś stałą kartę plastikową) i przypisać jej ilość biletów.
Ceny :
Bilet = 1.4 euro
Karta = 0.5 euro
Kupiliśmy początkowo jedną kartę i zakodowaliśmy na niej dwa bilety, ale przy bramce okazało się, że otworzyła się ona tylko raz, a potem już tylko mrugała na czerwono i piszczała alarmująco, dając do zrozumienia, że coś kombinujemy chcąc wpuścić więcej niż jedną osobę na ten sam bilet.
Wniosek – kupić tyle kartoników ile jest osób oraz zakodować tyle przejazdów ile będzie konieczne, żeby na drugi dzień nie płacić ponownie za głupi kartonik.
Metro lisbońskie lepsze niż nasze , 4 linie,  nowe wagony, nie nie śmierdzi, ale niestety na Alamedzie nie działały windy, więc 50 kg klamotów trzeba było wtaszczyć własnymi siłami po wcale niemałych schodach.
Ze stacji metra do hotelu niedaleko, ale jako że chodniki wyłożone są drobną kostką granitową to nasze walizy ostro na nich łoskotały i o 1-szej w nocy zrobiliśmy rumor na całą śpiącą już okolicę.
Hotel trudny do znalezienia, właściwie chyba na ulicy nie ma nawet szyldu. Jego klasa też nie odpowiada pewnie nawet dwóm gwiazdkom, bo bliżej mu do jakiegoś podrzędnego hostelu, jakby ktoś w starej kamienicy pół piętra , do którego dostać trzeba się stromymi drewnianymi schodami, przerobił na małe pokoiki,  ale pan na recepcji (dużo powiedziane jak na klitkę o pow. 2m2) przyjazny i uczynny, a pokoje choć nienajnowocześniejsze zapewniały czystą łazienkę i pościel. Łazienka wyglądała jak wstawiona w pokój skrzynka z drzwiami i początkowo wydawało się, że łazienki w ogóle nie ma.

Minusem jest to, że jak to środku miasta, hałasy z ulicy mogą uprzykrzać życie, a balkony mieliśmy otwarte, żeby duszno nie było, więc jak śmieciarka o 5tej rano załadowała pojemnik z butelkami to taki łomot się zrobił, że umarłego by obudziło. Co by jednak nie gadać - za 28 euro trudno znaleźć coś lepszego i bliżej, więc zapodaję : Hotel Rosa Douro