poniedziałek, 9 września 2013

2013-09-08

Dzień 1

Na początek : jakby kto czytał i informacje tu przeze mnie pracowicie wklepane uznał za banalne i oczywiste to informuję, że to bardziej dla wspomożenia swojej pamięci w przyszłości jest wszystko spisywane a nie dla gawiedzi, bo starość nie radość,  w zeszłym roku tyleśmy my widzieli a już trudno sobie przypomnieć co tam się działo. 

Lot Warszawa – Frankfurt , Lufthansa, Airbus 319.
Boarding 17:40 , wylot 18:05.
Poczęstunek – kanapka, która nie wszystkim się przysłużyła. Zaskakująco dobry Warstener w butelkach 0.33
Poza tym żadnych sensacji, oprócz tego, że leciała z nami angielska reprezentacja piłki nożnej dla niepełnosprawnych z zawodów Amp Futbol Cup 2013 ,  które rozgrywały  się w Warszawie (Anglicy zresztą wygrali). Jak wygląda taki mecz można zobaczyć na fotce :


Wyrzucili nas na płycie lotniska we Frankfurcie i zawieźli autobusem do terminala B, a odlot do Lizbony mieliśmy z terminala A, więc musieliśmy dać z buta przez całe lotnisko zastanawiając się czy 50 minut czasu wystarczy służbom naziemnym LSG (w odróżnieniu od „okęciowego” LGS) na przerzucenie naszych tobołków na kolejny rejs.
20:40 – kolejny boarding, 21:05 – wylot
Odprawiając się w domu upolowałem dla siebie dobre miejsce za stewardesą, więc nie miałem przed sobą standardowego fotela i było więcej miejsca na kolana (w tym momencie czuję stukanie w ramię i szept „dopisz masakrycznie suche pięty”  - nie wiem o co chodzi ale dopisuję), ale nie na same nogi, bo normalne fotele mają miejsce na bagaż i tam można dalej trochę nogi wyciągnąć, a tu była ścianka, ale to i tak o wiele wygodniejsze niż zwykłe miejsce, bo przestrzeni więcej o dobre pół metra, a i fotela nikt nie zacznie rozkładać ugniatając dodatkowo kolana.
Aha – samolot Airbus 321, więc miejsc znacznie więcej (190 vs 120 ) , normalna a nie udawana za zasłonką klasa biznes. Posiłek – na gorąco jakiś zestaw wołowiny z puree i gotowanymi warzywami, jakaś bułeczka z masłem. Dobre nawet, a ja się martwiłem że do rana będę głodował i dwie pizze przed wyjazdem zjedliśmy.
Przylecieliśmy o 23:10. Walizki na szczęście doleciały.
Postanowiłem wcześniej, że szkoda pieniędzy na burżujowanie i do hotelu dotrzemy metrem, chociaż Agnieszka zdecydowana była brać taksówkę. (teraz mogę przyznać, że w pewnym momencie i mnie ogarnęły wątpliwości, ale nie siałem defetyzmu).
Metro jest obok hali lotniska, linia czerwona która dojeżdżała do stacji Alameda, a stamtąd jakieś 850 metrów piechotą.
Nauka kupowania biletów na metro :
w biletomacie należy kupić kartę biletową w postaci kartonika (lub doładować jakąś stałą kartę plastikową) i przypisać jej ilość biletów.
Ceny :
Bilet = 1.4 euro
Karta = 0.5 euro
Kupiliśmy początkowo jedną kartę i zakodowaliśmy na niej dwa bilety, ale przy bramce okazało się, że otworzyła się ona tylko raz, a potem już tylko mrugała na czerwono i piszczała alarmująco, dając do zrozumienia, że coś kombinujemy chcąc wpuścić więcej niż jedną osobę na ten sam bilet.
Wniosek – kupić tyle kartoników ile jest osób oraz zakodować tyle przejazdów ile będzie konieczne, żeby na drugi dzień nie płacić ponownie za głupi kartonik.
Metro lisbońskie lepsze niż nasze , 4 linie,  nowe wagony, nie nie śmierdzi, ale niestety na Alamedzie nie działały windy, więc 50 kg klamotów trzeba było wtaszczyć własnymi siłami po wcale niemałych schodach.
Ze stacji metra do hotelu niedaleko, ale jako że chodniki wyłożone są drobną kostką granitową to nasze walizy ostro na nich łoskotały i o 1-szej w nocy zrobiliśmy rumor na całą śpiącą już okolicę.
Hotel trudny do znalezienia, właściwie chyba na ulicy nie ma nawet szyldu. Jego klasa też nie odpowiada pewnie nawet dwóm gwiazdkom, bo bliżej mu do jakiegoś podrzędnego hostelu, jakby ktoś w starej kamienicy pół piętra , do którego dostać trzeba się stromymi drewnianymi schodami, przerobił na małe pokoiki,  ale pan na recepcji (dużo powiedziane jak na klitkę o pow. 2m2) przyjazny i uczynny, a pokoje choć nienajnowocześniejsze zapewniały czystą łazienkę i pościel. Łazienka wyglądała jak wstawiona w pokój skrzynka z drzwiami i początkowo wydawało się, że łazienki w ogóle nie ma.

Minusem jest to, że jak to środku miasta, hałasy z ulicy mogą uprzykrzać życie, a balkony mieliśmy otwarte, żeby duszno nie było, więc jak śmieciarka o 5tej rano załadowała pojemnik z butelkami to taki łomot się zrobił, że umarłego by obudziło. Co by jednak nie gadać - za 28 euro trudno znaleźć coś lepszego i bliżej, więc zapodaję : Hotel Rosa Douro

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz