Dzień 2
Rano z powrotem metrem na lotnisko, bo tam się umówiliśmy na
odbiór samochodu. Odczekaliśmy z pół godziny, bo typek (mający na jednej stopie
jakiegoś trampka a na drugiej klapek od japonek, co lekko uniosło nam co najmniej po jednej brwi do góry)
zjawił się punktualnie.
Załadowaliśmy się do Transita, oprócz nas jacyś młodzi
angole z deską surfingową, którzy też zarezerwowali samochód w tej wypożyczalni i po 10 minutach byliśmy
na miejscu.
Nie, żebym jakoś specjalnie polecał takie wypożyczalnie
działające z doskoku, czyli nie posiadające biura na lotnisku, ale te lokalne ,
niesieciowe, działają najczęściej właśnie w ten sposób, oferując praktycznie to
samo za dużo niższą cenę. W zeszłym roku w ten sam sposób zrobiliśmy, w Maroku
również, i tym razem też po sprawdzeniu cen w Hertzu , Avisie i innych
sieciówkach, zaufałem arguscarhire . Miałem pewne obawy, bo jak przysłali mi
potwierdzenie rezerwacji w „Go Rent” to nawet wygooglować się tego nie dało, a
strona webowa nie działała, ale na miejscu okazało się że mają wielki hangar z
samochodami i spory ruch w interesie, więc nawet jeśli jest to jakaś pralnia
brudnej kasy to jako wypożyczalni nie można im nic zarzucić. Wprawdzie zamawiałem
coś małego , typu Peugeot 107, bo w zeszłym roku spisał się świetnie a był mały
i zwrotny jak Smart, a dostaliśmy Seata Ibizę, czyli segment wyżej, ale nic nie
musiałem dopłacać. Za ćwierć baku paliwa też nie policzyli, chociaż normalnie w
umowie był zapis, że dostarczają pełen bak, za który trzeba zapłacić dodatkowo
(przy czym oczywiście możesz im zwrócić nawet bez grama paliwa, o ile dopchasz
samochód pod biuro), facet mi tylko powiedział, żeby zwrócić nie mniej niż
dostałem. Plus w tym jest taki, że często cena takiego „firmowego” zatankowania
jest wyższa niż na stacji, bo przecież nie mogą na takiej fatydze stracić.
No i „już” w południe ruszaliśmy w drogę.
Nie obyło się bez lekkich nerwów i złorzeczeń „co to za ch..
nawigacja!” na OSM-a, ale niestety nie wgraliśmy Sygica, iPhone jest bez
jailbrake’a więc została nam darmówka, która w Maroku sprawdzała się świetnie,
wprawdzie nie ja ją obsługiwałem tylko Gaba, ale chyba ani razu drogi nie
pogubiliśmy, nawet w Marakeszu , gdzie oczy wychodziły mi z orbit jak widziałem
co się na ulicach dzieje i rzucałem kurvami na wszystkie strony.
Na szczęście w końcu jakoś nawigacja została opanowana (w
razie czego mieliśmy jako backup dokładną papierową mapę MarcoPolo) i
pomykaliśmy drogą IC1 , która wiła się raz z jednej raz z drugiej strony
autostrady A2 (Lizbona – Faro). Z
autostrady celowo po jakichś 30
km zjechaliśmy, bo lepiej wydać te 30 euro na wizytę w
knajpie, co okazało się dobrym pomysłem, bo IC1 po kilkunastu kilometrach
zrobiła się praktycznie pusta, nawet jak trafiła się jakaś wolniejsza
ciężarówka to dużo było podwójnych pasów pod górkę które eliminowały maruderów,
nie mówiąc już o przyjemniejszych widokach w porównaniu z monotnią autostrady.
Zresztą nasz prześwietny wóz, na wiele nie pozwalał, żeby
tym ruszyć bez zadławienia trzeba mu było dać sporo gazu, a przy wyprzedzaniu
redukcja o 2 biegi i gaz do dechy, więc na autostradzie i tak byliśmy królami
prawego pasa. Nie wiem co tam za silnik siedzi, 1.2 ?
Po drodze żadnych przygód.
Kupiliśmy na jakimś przydrożnym straganie arbuza, który potem okazał się
zbawienny i w smaku wyborny (strasznie pić się chciało po przyjeździe, a zapas
wody wyszedł).
Oprócz tego zawitaliśmy do jakiegoś zapadłego miasteczka
Ourique, bo z daleko widać było coś ciekawego na wzgórzu, co potem okazało się
urokliwym miradorem, z ławeczkami pochowanymi w kącicierniowych zaułkach i
jakąś dziwną budowlą na środku ogrodu, ale co to było nie wiem.
Na dole w miasteczku zapodaliśmy kawę z ekspresu za całe 0,8
euro w barze gdzie jedynymi gośćmi było kilkunastu dziadków którzy najwyraźniej
spędzali ten upalny dzień oglądając tam telewizję i popijając kawkę. No ale do
tego miejsca turyści na pewno nie docierają więc i cena nie była wzięta z dupy.
Lisbona – Quarteira to jakieś 230 km , więc około godziny
15 meldowaliśmy się już na campingu, upał jakieś 30 stopni, chociaż iPhone
pokazywał że będzie chłodniej, no ale to akurat nam nie przeszkadza.
W domku na stole czekała butelka wina, to chyba
rekompensata, za to że już nie dają giftów i map kraju, tak jak kiedyś,
wszędzie wkradły się już jak widać cięcia i oszczędności.
Pierwsza rzecz po zrzuceniu bagaży to oczywiście
pojechaliśmy do pobliskiego Lidla robiąc zapasy najpotrzebniejszych rzeczy,
ceny potem podam bo gdzieś skrupulatnie są odnotowane, ale to co najważniejsze
to pamiętam z głowy : piwo Argus w litrowych butelkach (szklanych) za niecałe 1
euro. Wiem, że u nas też to sprzedają i nawet kiedyś spróbowałem, ale tutaj ma
jakiś inny smak, nie wiem z czego to wynika, na pewno nie tylko z zadowolenia
że nie trzeba płakać przy kasie, jak ktoś ma kilka euro na Heinekena to proszę
bardzo, ale przeciętny piwny koneser (w mojej skromnej postaci, żeby daleko nie
szukać) na pewno nie będzie zawiedziony.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz