poniedziałek, 9 września 2013

2013-09-09

Dzień 2

Rano z powrotem metrem na lotnisko, bo tam się umówiliśmy na odbiór samochodu. Odczekaliśmy z pół godziny, bo typek (mający na jednej stopie jakiegoś trampka a na drugiej klapek od japonek, co lekko uniosło nam co najmniej po jednej brwi do góry) zjawił się punktualnie.
Załadowaliśmy się do Transita, oprócz nas jacyś młodzi angole z deską surfingową, którzy też zarezerwowali samochód  w tej wypożyczalni i po 10 minutach byliśmy na miejscu.
Nie, żebym jakoś specjalnie polecał takie wypożyczalnie działające z doskoku, czyli nie posiadające biura na lotnisku, ale te lokalne , niesieciowe, działają najczęściej właśnie w ten sposób, oferując praktycznie to samo za dużo niższą cenę. W zeszłym roku w ten sam sposób zrobiliśmy, w Maroku również, i tym razem też po sprawdzeniu cen w Hertzu , Avisie i innych sieciówkach, zaufałem arguscarhire . Miałem pewne obawy, bo jak przysłali mi potwierdzenie rezerwacji w „Go Rent” to nawet wygooglować się tego nie dało, a strona webowa nie działała, ale na miejscu okazało się że mają wielki hangar z samochodami i spory ruch w interesie, więc nawet jeśli jest to jakaś pralnia brudnej kasy to jako wypożyczalni nie można im nic zarzucić. Wprawdzie zamawiałem coś małego , typu Peugeot 107, bo w zeszłym roku spisał się świetnie a był mały i zwrotny jak Smart, a dostaliśmy Seata Ibizę, czyli segment wyżej, ale nic nie musiałem dopłacać. Za ćwierć baku paliwa też nie policzyli, chociaż normalnie w umowie był zapis, że dostarczają pełen bak, za który trzeba zapłacić dodatkowo (przy czym oczywiście możesz im zwrócić nawet bez grama paliwa, o ile dopchasz samochód pod biuro), facet mi tylko powiedział, żeby zwrócić nie mniej niż dostałem. Plus w tym jest taki, że często cena takiego „firmowego” zatankowania jest wyższa niż na stacji, bo przecież nie mogą na takiej fatydze stracić.
No i „już” w południe ruszaliśmy w drogę.
Nie obyło się bez lekkich nerwów i złorzeczeń „co to za ch.. nawigacja!” na OSM-a, ale niestety nie wgraliśmy Sygica, iPhone jest bez jailbrake’a więc została nam darmówka, która w Maroku sprawdzała się świetnie, wprawdzie nie ja ją obsługiwałem tylko Gaba, ale chyba ani razu drogi nie pogubiliśmy, nawet w Marakeszu , gdzie oczy wychodziły mi z orbit jak widziałem co się na ulicach dzieje i rzucałem kurvami na wszystkie strony.
Na szczęście w końcu jakoś nawigacja została opanowana (w razie czego mieliśmy jako backup dokładną papierową mapę MarcoPolo) i pomykaliśmy drogą IC1 , która wiła się raz z jednej raz z drugiej strony autostrady A2 (Lizbona – Faro).  Z autostrady celowo po jakichś 30 km zjechaliśmy, bo lepiej wydać te 30 euro na wizytę w knajpie, co okazało się dobrym pomysłem, bo IC1 po kilkunastu kilometrach zrobiła się praktycznie pusta, nawet jak trafiła się jakaś wolniejsza ciężarówka to dużo było podwójnych pasów pod górkę które eliminowały maruderów, nie mówiąc już o przyjemniejszych widokach w porównaniu z monotnią autostrady.
Zresztą nasz prześwietny wóz, na wiele nie pozwalał, żeby tym ruszyć bez zadławienia trzeba mu było dać sporo gazu, a przy wyprzedzaniu redukcja o 2 biegi i gaz do dechy, więc na autostradzie i tak byliśmy królami prawego pasa. Nie wiem co tam za silnik siedzi, 1.2 ?
Po drodze żadnych przygód. Kupiliśmy na jakimś przydrożnym straganie arbuza, który potem okazał się zbawienny i w smaku wyborny (strasznie pić się chciało po przyjeździe, a zapas wody wyszedł).
Oprócz tego zawitaliśmy do jakiegoś zapadłego miasteczka Ourique, bo z daleko widać było coś ciekawego na wzgórzu, co potem okazało się urokliwym miradorem, z ławeczkami pochowanymi w kącicierniowych zaułkach i jakąś dziwną budowlą na środku ogrodu, ale co to było nie wiem.
Na dole w miasteczku zapodaliśmy kawę z ekspresu za całe 0,8 euro w barze gdzie jedynymi gośćmi było kilkunastu dziadków którzy najwyraźniej spędzali ten upalny dzień oglądając tam telewizję i popijając kawkę. No ale do tego miejsca turyści na pewno nie docierają więc i cena nie była wzięta z dupy.
Lisbona – Quarteira to jakieś 230 km, więc około godziny 15 meldowaliśmy się już na campingu, upał jakieś 30 stopni, chociaż iPhone pokazywał że będzie chłodniej, no ale to akurat nam nie przeszkadza.
W domku na stole czekała butelka wina, to chyba rekompensata, za to że już nie dają giftów i map kraju, tak jak kiedyś, wszędzie wkradły się już jak widać cięcia i oszczędności.

Pierwsza rzecz po zrzuceniu bagaży to oczywiście pojechaliśmy do pobliskiego Lidla robiąc zapasy najpotrzebniejszych rzeczy, ceny potem podam bo gdzieś skrupulatnie są odnotowane, ale to co najważniejsze to pamiętam z głowy : piwo Argus w litrowych butelkach (szklanych) za niecałe 1 euro. Wiem, że u nas też to sprzedają i nawet kiedyś spróbowałem, ale tutaj ma jakiś inny smak, nie wiem z czego to wynika, na pewno nie tylko z zadowolenia że nie trzeba płakać przy kasie, jak ktoś ma kilka euro na Heinekena to proszę bardzo, ale przeciętny piwny koneser (w mojej skromnej postaci, żeby daleko nie szukać) na pewno nie będzie zawiedziony.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz