poniedziałek, 16 września 2013

2013-09-13

2013-09-13
6 dzień

Piątek 13-go postanowiliśmy rozpocząć od wypadu na podobno jedną z najładniejszych plaż Algarve, gdzieś za Olhao, ale po drodze zjechaliśmy do miasteczka, gdzie znajdować się miał największy w okolicy targ rybny.
Rzeczywiście przy nabrzeżu uwijały się łodki, z których wyciągano wiaderka pełne nie tylko ryb, a sama hala dużo większa niż te dotychczasowe, sporo ludzi , ale nie wiem czy mieli aż taką różnorodność jak np. w Cascais. Oczywiście było tego pełno, płaszczki, kraby, ośmiornice, jakieś pseudo-rekinki i wiele wiele innych bardziej lub mniej egzotycznych ryb, ale nie widzieliśmy ani langusty, ani ostryg, krewetek też jak na lekarstwo.












Ciekawie wyglądają obrane ze skóry płaszczki, którym wycina się skrzela i upodobniają się do jakichś nietoperzy (trochę bardziej rzecz jasna krwawych i rozpłaszczonych).
Tym razem poszliśmy krok dalej i kupiliśmy żabnicę, paskudną ropuchopodobną z wielką uzębioną paszczą. Nie wiem czemu na stołach leżały one z rozciętymi brzuchami, z których prawie wypływały wnętrzności, może wcześniej wycinają z nich jakieś wybitnie niezdrowe części.
Na żabnicę mieliśmy ochotę już od dawna, ale w W-wie mają ją chyba tylko w Osterii, gdzie ceny oscylują w granicach 300-1000 zł za dwuosobowy posiłek, a wygrana w totka ciągle dopiero w dalszej perspektywie. Z kolei tutaj spotykaliśmy dotychczas tylko wielkie okazy, na oko co najmniej pięciokilowe, co przy cenie około 15 euro za kilogram też trochę już robi. Więc jak zobaczyliśmy, że tutaj mają i mniejsze „tamborile” to stwierdziliśmy, że lepszej okazji może nie być, 9 € /kg . Wyszło jakieś kilo, sprawili ją na miejscu, nie odrzucając m.in. łba i czegoś co przypominało nerki. 
Oto filmik z tej operacji, ale jako że "oprawca" cały czas zasłaniał mi widok to wyciąłem cały początek, za to widać dobrze samą żabnicę :
http://www.youtube.com/watch?v=X5etUA2sDkk&feature=youtu.be
(na razie tylko link, potem poprawię)
Te resztki wrzuciliśmy do zamrażalnika na poczet przyszłej zupy rybnej, ale nerki daliśmy kotu, może to i jakiś przysmak ale jeszcze nie tym razem.
Samą żabnicę już po upieczeniu przez mojego masterchefa można określić jako ciekawą.
W konsystencji trochę jak przegrzebki, zwarta i taka można powiedzieć sprężysta. Niezła w smaku ale jak ktoś lubi smak smażonej rybki z patelni to nie ten kierunek.
Dorzuciliśmy jeszcze kilo sardynek, żeby je zgodnie z tutejszym obyczajem zgrilować ( 3 € /kg) oraz z nowości bataty i mango.
Bataty – wg mnie porażka. Zbyt słodkie, zbyt suche i bez smaku. Może jakoś inaczej trzeba je zrobić niż zapiekając, ale wolę zwykłe ziemniaki.
Poranek zwieńczyła kawka  w porcie, w jednej z rozlicznych knajpek, gdzie nawet ja zaniżałem średnią wieku, bo ludzi pełno ale wszyscy już „w sile wieku”.

Cel na ten dzień był inny, ale zakup ryb pokrzyżował plany, baliśmy się, że po całym dniu leżenia w upale w samochodzie ryby stracą walory, więc zawinęliśmy się z powrotem do domu i resztę dnia zalegaliśmy przysypiając przy campingowym basenie. Nuda panie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz