piątek, 13 września 2013

2013-09-11

2013-09-11
4 dzień
Zaczęło się od przymarudzenia, że nie zaserwowalem rano cafezinho (wspominam o tym, nie dlatego że mnie to jakoś wzruszyło, ale dlatego, że polecono odnotować).
Już o 11tej wyruszyliśmy na najbardziej wysunięty na południowy zachód cypel Portugalii.
Warto – okolice tzw. fortalezy w Sagres to niesamowite widoki, zwłaszcza zatoczka na którą ogląda się w dół z klifu tuż przy parkingu budzi zazdrość wobec tych którzy mają jakiś jacht z którego mogą sobie do niej podplynąć i pochodzić po plaży,  ddbo dostęp do niej jest tylko od strony morza. Podejrzewam że przy odrobinie zręczności i lepszych butach dałoby się do niej dostać trawersując łagodniejszą część zbocza a potem podpływając te kilkanaście metrów, no i wiedząc kiedy jest przypływ, bo można się zdziwić i już stamtąd nie uciec.
Sama Fortaleza (wstęp 3E) to imponujący mur od strony północnej z kilkoma budynkami i kościołem , tyle tylko ostało się po tsunami które wymiotło całą południową zabudowę w XVIII wieku. Do zwiedzania udostępnione jest w zasadzie wszystko , ale jest tego niewiele, forteca zbudowana  w XVI wieku do obrony przed piratami, niszczona potem przez w następnych stuleciach przez najazdy Hiszpanów i Anglików nigdy nie została już ukończona, a pewnie i bieg historii nie nadał jej jakiegoś większego znaczenia militarnego, bo po co komu bronić skały.
Można odbyć spacer po murach , a następnie obejść 2 km wzdłuż urwiska podziwiając widoki na okoliczne plaże i pozostałe klify trójpalczastego cypla, kontemplując jakieś kwiatki, bławatki, ptaszki i rozmaite formy skalne, jeśli kto się tym interesuje. Mnie się podobało.

Następnie podjechaliśmy do Cabo da Sao Vicente, któren jest już faktycznym końcem świata (powiedzmy że Europy, ale jak się patrzy stamtąd na wszechobecny ocean i wie że Ameryka dopiero za kilka tysięcy kilometrów to już wtedy niedaleko wyobrażenia sobie końca dysku niesionego przez 4 słonie stojące na skorupie A’Tuine’a). Uwaga dla Zuzki : tak, wiem że po drodze jeszcze Azory , ewentualnie Madera, ale to małe pastylki tylko.
Samo Cabo da Vicente nie robi jakiejś furory, trochę murków, jakaś latarnia morska. Widoki są równie ciekawe jak z Fortalezy. Dla turystów nastawionych na zakupy : przy parkingu wzdłuż drogi można nabyć fajne swetry w cenie 25 euro, ale nie 100% wełna, więc nie zapaliły mi w głowie lampki „KUPIĆ” oraz bratwursty niczem z Berlina. Stoisko z parówkami nie wiem czemu oblepione było ludźmi jak gówno muchami.

W drodze powrotnej próbowaliśmy jeszcze zahaczyć o „monumentos megaliticos”, ale po skręceniu z głownej drogi i przejechaniu paru kilometrów szutrami jedyne co znaleźliśmy to pokryte trawą i krzakami pagórki, więc albo to zdążyło wszystko zarosnąć albo ściemniają i tylko marnują czas uczciwego turysty rozstawiając drogowskazy jakby tam atrakcja na skalę europejską się znajdowała.

Poza tym:
- Lagos do którego skręciliśmy z autostrady wydało się bardzo przyjemne, jak Cascais prawie , ale już nam się łazić nie chciało.
- Portimao – odstręczało, w mieście ciasno i nieatrakcyjnie, na dodatek obok płynie jakaś rzeka która śmierdziała przeraźliwie , jakby tam otwarte odstojniki na ścieki zrobili.

Tankowanie wykazało spalanie na poziomie 6 litrów na 100 km, więc jest przyzwoicie, bo cena E95 za to nieprzyzwoita, 1.62 – 1.68 euro , czyli na nasze 7 zł.

Zastanawialiśmy się wracając jak to w końcu jest z tymi opłatami za autostradę, bo zarówno w tamtą stronę jak i z powrotem pojawiały się tablice z jakimiś opłatami , widać było jakieś kamery, ale nigdzie nikt nie chciał pieniędzy. Pewnie skanują tablice, ale kartą do tej pory nie płaciłem, więc powiązać jej z samochodem się nie da, wypożyczalnia raczej bez mojej zgody nie ma prawa kasy ściągać (nic zresztą w umowie o tym nie pisali), więc kto za to płaci ? Oprócz Pana i Pani i Nas oczywiście.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz