2013-09-12
5 dzień
5 dzień
No i znowu nie pamiętam co się działo 2 dni temu, jak się
nie spisze od razu to potem, w natłoku wrażeń, trzeba się zmóżdżać.
Brakowało pomysłu co tego dnia zrobić, więc palec na mapę i
padło na Rocha da Pena, niewysokie góry , trochę w głębi lądu, gdzie znaleźć
podobno można było ładne widoczki zarówno na południe czyli ocean, jak i
północ, na Alentejo.
Dojechaliśmy szybko i tam lekka konsternacja, bo w wiosce
asfalt skończył się ze znakiem oznaczającym koniec drogi, a obok jakiegoś baru
stała drewniana tabliczka „Rocha da Pena 5 km ” wskazująca na jakąś biedną żwirową dróżkę
wiodącą gdzieś w krzaki pod górę.
Spojrzeliśmy po sobie, zwłaszcza po mnie – sandały, koszulka
bez rękawów, żadnego beretu na głowę, litr wody… Przypomniało mi się samotne
wyjście w góry koło Malagi, którego o mało nie przypłaciłem zdrowiem, ale
przecież niemożliwe żebyśmy napotkali tu na jakieś trudności. Ruszyliśmy za
jakąś ekipą młodziaków z plecakami, dziwiąc się po co oni tam lezą, jakby nie
można było biwaku zrobić gdzieś w normalnych warunkach. Po kilkudziesięciu
metrach nas zgubili, ale najwyraźniej skręcili z głównej ścieżki bo słyszeliśmy
ich głosy, więc nie namyślając się za długo też tam poszliśmy. Po jakimś czasie
, jak już znaleźliśmy się prawie u podnóża skały, ścieżka (i tak już marna i
zakrzaczona) zrobiła się praktycznie nieprzejezdna, głosy młodziaków nadal było
słychać gdzieś pod skałą, ale zdecydowaliśmy , że to bez sensu i wróciliśmy do
głównej trasy. Potem okazało się, że tamci specjalnie tam poszli żeby się
wspinać , liny haki itd., bo w drodze powrotnej widzieliśmy ich poprzyklejanych
do skałek.
W każdym razie na głównym szlaku spotykaliśmy już tylko
emerytów i dziadków, znudzonych pewnie plażowaniem. Sama droga była prosta i
niewymagająca, gdyby nie słońce to z palcem w nosie można by to przelecieć, co
jakiś czas wytrzepując tylko żwir z sandałów.
Na szczęście solidnie wiało, więc upał nie był tak
wyczerpujący, ale i tak popaliło nam karki i ramiona :/ Aha – jeszcze pęcherze na stopach (na
szczęscie mnie tym razem się udało). Treking w Algarve zaliczony, kalorie
popalone z nadwyżką.
W drodze powrotnej wyczailiśmy nową plażę, przed Quarteirą,
w pobliżu pól golfowych i oddaloną od jakichś osiedli ludzkich i dróg , więc
prawie pustą. Plażowanie tego dnia także zaliczone.
Trudno zaliczyć za to do udanych grilla, karkówka z Lidla
była beznadziejna, więc bardziej uszczęśliwiła „naszego” kempingowego kota niż
mnie. (kotów jest kilka, ale i tak ich nie rozpoznaję)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz