sobota, 14 września 2013

2013-09-12

2013-09-12
5 dzień


No i znowu nie pamiętam co się działo 2 dni temu, jak się nie spisze od razu to potem, w natłoku wrażeń,  trzeba się zmóżdżać.
Brakowało pomysłu co tego dnia zrobić, więc palec na mapę i padło na Rocha da Pena, niewysokie góry , trochę w głębi lądu, gdzie znaleźć podobno można było ładne widoczki zarówno na południe czyli ocean, jak i północ, na Alentejo.
Dojechaliśmy szybko i tam lekka konsternacja, bo w wiosce asfalt skończył się ze znakiem oznaczającym koniec drogi, a obok jakiegoś baru stała drewniana tabliczka „Rocha da Pena 5 km” wskazująca na jakąś biedną żwirową dróżkę wiodącą gdzieś w krzaki pod górę.
Spojrzeliśmy po sobie, zwłaszcza po mnie – sandały, koszulka bez rękawów, żadnego beretu na głowę, litr wody… Przypomniało mi się samotne wyjście w góry koło Malagi, którego o mało nie przypłaciłem zdrowiem, ale przecież niemożliwe żebyśmy napotkali tu na jakieś trudności. Ruszyliśmy za jakąś ekipą młodziaków z plecakami, dziwiąc się po co oni tam lezą, jakby nie można było biwaku zrobić gdzieś w normalnych warunkach. Po kilkudziesięciu metrach nas zgubili, ale najwyraźniej skręcili z głównej ścieżki bo słyszeliśmy ich głosy, więc nie namyślając się za długo też tam poszliśmy. Po jakimś czasie , jak już znaleźliśmy się prawie u podnóża skały, ścieżka (i tak już marna i zakrzaczona) zrobiła się praktycznie nieprzejezdna, głosy młodziaków nadal było słychać gdzieś pod skałą, ale zdecydowaliśmy , że to bez sensu i wróciliśmy do głównej trasy. Potem okazało się, że tamci specjalnie tam poszli żeby się wspinać , liny haki itd., bo w drodze powrotnej widzieliśmy ich poprzyklejanych do skałek.
W każdym razie na głównym szlaku spotykaliśmy już tylko emerytów i dziadków, znudzonych pewnie plażowaniem. Sama droga była prosta i niewymagająca, gdyby nie słońce to z palcem w nosie można by to przelecieć, co jakiś czas wytrzepując tylko żwir z sandałów.
Na szczęście solidnie wiało, więc upał nie był tak wyczerpujący, ale i tak popaliło nam karki i ramiona :/  Aha – jeszcze pęcherze na stopach (na szczęscie mnie tym razem się udało). Treking w Algarve zaliczony, kalorie popalone z nadwyżką.

W drodze powrotnej wyczailiśmy nową plażę, przed Quarteirą, w pobliżu pól golfowych i oddaloną od jakichś osiedli ludzkich i dróg , więc prawie pustą. Plażowanie tego dnia także zaliczone.


Trudno zaliczyć za to do udanych grilla, karkówka z Lidla była beznadziejna, więc bardziej uszczęśliwiła „naszego” kempingowego kota niż mnie. (kotów jest kilka, ale i tak ich nie rozpoznaję)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz